• Psycholog radzi

        • Rozważania psychologiczne na Styczeń

          Dajmy dzieciom skrzydła.

           

           W poprzednich miesiącach pisałam o tym, żeby nasze dzieci, jako dorośli, miały satysfakcjonujące je życie, to teraz dać im trzeba korzenie i skrzydła. Korzenie to ugruntowanie, to wartości moralne i tradycje. Drogowskazy i dobre wybicie do życiowego lotu. Lecz nie poleci się bez skrzydeł, bez marzeń, planów i celu.

          Trzeba mieć skrzydła.                                           

          W pewnej bajce chińskiej para rodziców przyszła do mędrca i poprosiła go o wskazówki co robić aby zapewnić dzieciom godziwe i satysfakcjonujące dorosłe życie. Mędrzec porównał rodziców do łuku i cięciwy, a dziecko do strzały.  I zapytał rodziców co według nich jest konieczne, aby strzała trafiła do celu. Rodzice odpowiadali, a za każdym razem mędrzec się uśmiechał i mówił „nie, nie trafi”. Ani napięcie łuku, ani dobre wychowanie , ani uwzględnienie bocznego wiatru, ani … ani… . Wreszcie zrezygnowani zapytali o odpowiedź. A wtedy mędrzec powiedział: trzeba wypuścić strzałę z łuku! Rodzice byli rozbawieni, a zarazem smutni, bo jak to? samodzielny lot? A co będzie w razie nieprzewidzianych niebezpieczeństw? Najlepiej byłoby polecieć za dzieci, sprawdzić maksymalnie lot, opracować im trasę i dopiero wypuścić. A tu nie!! Dziecko ma lecieć samo! A im wcześniej dajemy im latać, tym lepiej. Dzieci powinny być samodzielne. Nawet maluchom można i trzeba znaleźć pole dla ich samodzielnego działania. Nie wyprzedzać ich, nie zapewniać komfortu. Dać im czas ( tu czekamy bo czas u dzieci biegnie wolniej) oraz dawać im pochwały opisowe, podkreślające ich sprawczość. A na końcu powiedzieć „dobra robota” czy też „ dobrze wykonana praca”. Wprawia mnie nieustannie w zdumienie, że rodzice z rozpaczą w głosie pytają „dlaczego on /ona się nie uczy?  Przecież poza nauką nic nie musi robić! A jeśli chodzi o doroślejące dziecko (gimnazjum, liceum) to dalszy ciąg tego pytania jest : dlaczego on(a) niczym się nie interesuje, niczego nie chce. Odpowiedź jest prosta „ bo nie musiał, nigdy nic nie musiał i tak już to weszło    w krew. Istnieje coś takiego jak sfera najbliższego rozwoju – pojęcie psychologa Wygockiego. To oznacza ochotę dziecka do wykonywania jakiś czynności, z reguły takich, jakie my rodzice uważamy że są jeszcze dla niego za trudne, więc nieodpowiednie. To są wyczyny fizyczne, to jest pomaganie w domu, to jest nocka u koleżanki (w sensie wyjścia na dłużej, poza dom) itd. Ta ochota, jak nie będzie zrealizowane, to mija bezpowrotnie.                                                 

          Kiedyś około 30 lat temu, moje trzecie dziecko wówczas 3-letnie, bardzo chciało umyć w łazienne umywalkę i ubikację, a w kuchni samodzielnie myć naczynia. Byłam wtedy bardzo zmęczona i jeszcze w 4-tej ciąży, więc potulnie się na to zgodziłam. Nie udoskonalając nic, nie poprawiając, opisując tylko co zrobił (to dla świętego spokoju, że dostrzeżone). Dziś on sam ma 3-kę dzieci i jest niezwykle czynnym domowo mężem. Synowa mówi mi czasem, że chyba przesadziłam, bo niemożliwe jest zostawienie czegoś na dłużej np. niedopitych kubków, bo jej mąż zaraz to sprzątnie. Łazienkę też sprząta, bo jak mówi, lubi jak jest czysto. Przy okazji, jest bardzo męski.   W pracy kieruje dużymi budowami. W przypadku większych dzieci, pozwalanie na samodzielność, jest bardziej bolesne dla rodziców.              

          I tu znów historia. Wiele lat temu wracam do domu po jakiejś nieobecności i nie widzę dwojga najstarszych dzieci. Pytam męża gdzie oni są? A mój mąż flegmatycznie odpowiada: pewnie są w pociągu. Pytam- gdzie? jak? po co? sami? Okazuje, się mąż puścił naszego roztargnionego 14-latka, pod opiekę swojej 19-letniej siostry w góry. I to do Słowackiego raju. 

          W oczach mam panikę! Tyle przesiadek! Długa trasa, noclegi…  No i sam się pakował?! Nie sprawdziłeś tego?  No, nie – odpowiada mąż. Notabene, syn wtedy nie wziął długich spodni (w góry) bo tu było gorąco!        Kurczę, nie wypuściłabym ich samych, choć córka była i jest niezwykle odpowiedzialna. Mąż był mądrzejszy. A tak wrócili dumni i zadowoleni, choć synowi nie było zimno w nogi, jak się przyznał. Efekt… Córka, już jako dorosła młoda kobieta obleciała i objechała sama przez wiele miesięcy wszystkie kontynenty z malutkim bagażem i po taniości. A syn jest bardzo konsekwentny w realizowaniu swoich zawodowych pasji, które nie są dochodowe, więc nie wszyscy to rozumieją. Za to są, i są jego. Drogi ludzkie są różne.            

          I na koniec. Dzieci będą wam kiedyś bardzo wdzięczne za wypuszczenie ich do Ich lotu. Potrzebują tylko mieć wtedy świadomość, że gdzieś jesteśmy i im kibicujemy. Naszą rolą jest wypuścić je z naszych rąk. Tak mało i tak pioruńsko dużo.

           

                                                                                                                                               Z poważaniem

                                                                                                                                              Wasz psycholog

                                                                                                                                Małgorzata Pęska-Salawa

           

          Rozważania psychologiczne na Grudzień

             Witam Państwa,

                      Pisała w listopadowym tekście, że do lotu naszych dzieci (czytaj-samodzielności             w dorosłym życiu, skutkującej satysfakcją) potrzebne są korzenie i skrzydła.                                     W korzeniach, czyli tym co nas buduje i ugruntowuje, wymieniłam już wiedzę o rodzinie oraz znajomość jej historii i przesłań. Obecnie czas na tradycje. A i miesiąc ten sprzyja – bo to czas Świąt Bożego Narodzenia. Tradycje to zwyczaje, działania powtarzane w sekwencjach czasowych, dająca członkowi rodziny poczucie przynależności grupowej. Mówimy: „ a u nas w domu to ….”. Kiedy myślę o Bożym Narodzeniu w mojej rodzinie to nieuchronnie zjawiają mi się przed oczyma – robienie ruskich pierogów przez 4-kę moich dzieci. I to nas jakoś wyróżniało, bo ruskie pierogi na wigilię? ( kilkaset sztuk). Było przy tym mnóstwo śmiechu,     a wieczorem po sprzątaniu brydż i gry planszowe (dzień przed Wigilią). No i oczywiście pierniczki zdobione i zabawki na choinkę. W grudniu też znajdowałam czas aby szyć sukienki dla lalek Olgi i nawet sweterki i torebki. Olga już urosła, ma trójkę własnych dzieci i byłam pewna, że nie pamięta o moim grudniowym szyciu dla jej lalek. A tu patrzę, koniec listopada   i Olga (zapracowana po uszy, 3-cie dziecko ma 2 miesiące) robi dla Ani lalki sukienki… .            Do zwyklejszych tradycji należy u nas, robienie rano przeze mnie i 2 moje wnuczki- zielonego soku (wyciskarka-jabłko, natka pietruszki) dla Leo, który lubi zielony kolor. I różowego (jabłko i granat) dla Ani. Oni nie odpuszczą, a ja tak organizuję sobie czas żeby zdążyć przed pracą. Ze swoim tatą wnuki moje robią na urodziny lampiony, dekoracje z baloników oraz imiona jubilata, z materiału literki wypchane watą i to wisi wśród balonów. Mojemu tacie przez wiele, wiele lat robiliśmy przymusowe urodziny (początkowo ich nie chciał) po to, żeby razem namówić się, zaskoczyć go czymś i razem (znów to słowo) usiąść i śmiać się przy stole. Tyle jest możliwości. Organizujecie różne tradycje wyróżniające Was jako wspólnotę. Wspólnotę do której, jak już wasze dzieci dorosną będą tęsknić i z niej czerpać inspiracje życiowe.                                                                                                                                                                         No to…. obfitości w byciu razem i ciekawych tradycji.

           

          Małgorzata Pęska - Salawa

           

          Rozważania psychologiczne

            

                      Listopad to miesiąc szczególny. Raczej niesprzyjająca pogoda, wiatr, mniej słońca a także Święto Zmarłych - wykorzystajmy ten miesiąc, aby to co w nim szczególne przysłużyło się naszym dzieciom. Pomyślmy o spędzaniu czasu razem, z herbatką malinową, rozmowami  i przeglądaniem starych albumów ze zdjęciami rodzinnymi. Jak to mówią mądre porzekadła, dzieciom możemy dać tak naprawdę tylko dwie rzeczy: korzenie i skrzydła.

          Korzenie to dom, rodzina, tradycja, poszanowanie starszych, wartości moralne i wiedza skąd jestem, jacy byli i kim byli nasi przodkowie. Ja np. wdzięczna jestem ciotkom i rodzicom, że opowiadali mi jak byłam mała różne niezwykłe historie rodzinne. Teraz na cmentarzu nie są to puste imiona i nazwiska, ale barwne postacie z którymi jak chcę mogę się identyfikować      i z nich czerpać. Czuję, że gdzieś przynależę i wielokrotnie to zobligowuje do stawiania czoła wyzwaniom. Niektóre z tych historii rodzinnych ciotki opisały i przekazały nam w formie pisemnej. Wuj nagrał wspomnienie ze swojego życia. Możemy to odsłuchać.

           Udało mi się kiedyś, w czasach bez pandemii, robić spotkania rodzinne nazwane przez młodych „staruszkowo”. Młodzież miała możliwość na żywo porozmawiania z tymi, którzy dzisiaj już odeszli. Choć bez internetu, a tak ciekawie żyli. Np. inny wuj Stanisław. Gdyby nie rozmowy, to czy bym wiedziała, że siedzę przy stole ze słynnym Orszą Szarych Szeregów. Byłam młoda, pędziłam jak wiatr, stół rodzinny mnie wtedy zatrzymał i zaciekawił.

          Dajmy naszym dzieciom korzenie. Pochylmy się nad starymi zdjęciami, zbierzmy różne rodzinne historie, które ktoś tam pamięta. Zróbmy drzewa genealogiczne. Zapalmy świeczkę na cmentarzu, wiedząc komu ją zapalmy.                                                                                     

          Czy drzewo z mocnym systemem korzeni nie jest bardziej odporne na przeciwności losu?

          Małgorzata Pęska - Salawa